Od obalenia dyktatury Muammara Kaddafiego w 2011 r. Libia pozostaje państwem upadłym i miejscem wojen zastępczych. Teraz siłują się tam Rosja z Turcją.

Mniejszą część kraju – północny zachód – kontroluje popierany przez ONZ Rząd Jedności Narodowej na czele z Fajizem as-Sarradżą. Większą część, zasobną w główne bogactwo Libii, ropę, zbuntowany generał Chalifa Haftar, niegdyś powiązany z CIA. Część terytorium na dalekim saharyjskim południu jest w posiadaniu dumnego berberyjskiego ludu Tuaregów, a inne jego fragmenty znalazły się w zarządzie islamistycznych milicji.

Czternaście miesięcy temu Libijska Armia Narodowa Haftara rozpoczęła ofensywę na Trypolis, stolicę kraju. Przebiegała sprawnie, z sukcesami, do czasu gdy prezydent Turcji postanowił poprzeć rząd as-Sarradży; nie słowem i uściskiem dłoni, lecz dronami, zestawami przeciwlotniczymi, instruktorami oraz zrekrutowanymi w Syrii najemnikami. Wsparte w ten sposób oficjalne libijskie władze odparły atak, nie tylko odrzucając napastników od bram, ale też odbijając (nieczynne od kilku lat) trypolitańskie lotnisko i oddaloną o 100 kilometrów twierdzę Haftara w Tarhunie.

Sęk w tym, że wojowniczy generał cieszy się poparciem, także bardzo „praktycznym”, Moskwy. W ramach tej dobrej współpracy Rosja uzyskała m.in. możliwość budowy bazy lotniczej w środkowej części kraju. Sojusznicy w wojnie w Syrii znaleźli się więc tym razem po dwóch stronach barykady.

Relacje Władimira Putina i Recepa Tayyipa Erdoğana przebiegają sinusoidalnie, od wrogości po zestrzeleniu rosyjskiego bombowca po przyjaźń, owocującą sprzedażą systemu obrony przeciwrakietowej S-400 (w ramach retorsji Donald Trump wycofał zgodę na dostarczenie armii tureckiej samolotów F-35). Niedawno doszło do innego spięcia obu sojuszników podczas ataku wspieranych przez Rosję wojsk prezydenta Baszszara al-Asada na syryjską prowincję Idlib, nad którą parasol ochronny rozpostarła Ankara.

By jeszcze bardziej zagmatwać ten gąszcz powiązań, dodajmy, że Haftara popierają także Egipt, Arabia Saudyjska (bliski sojusznik USA!), Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz… Francja. Waszyngtonowi zaś niesforny generał ostatnio podpadł, próbując sprzedawać ropę Iranowi i Wenezueli, które Trump obłożył sankcjami. Unia Europejska z kolei zaprotestowała, gdy Turcja przystąpiła do wydobycia ropy na libijskich wodach Morza Śródziemnego. Jak widać, zaangażowanie Erdoğana wynikało nie tylko ze szlachetnych i nie tylko z ideowych pobudek.

Facebook Comments