fot. Adobe Stock
Rozpoczął się sierpień, a więc katolicki miesiąc trzeźwości. Polacy jako naród niezwykle pobożny, prawy i sprawiedliwy powinni odrzucić puszki piwa i flaszki trunków wysokoprocentowych.

Miesiąc trzeźwości w polskim Kościele katolickim jest obchodzony od 1984 r. Od tego czasu, wbrew oczekiwaniom części kleru, nie zaobserwowaliśmy masowego zamykania całonocnych sklepów alkoholowych, ani nawet niewielkiego spadku spożycia napojów wyskokowych. Mało tego, Polacy w ostatnich latach rozpili się na potęgę i znaleźli w czołówce europejskich konsumentów spirytusu. Pokaźne grono amatorów procentów poszerzyło się o licznych przedstawicieli stanu kapłańskiego.
Sierpień nie został wybrany przypadkowo. Z jednej strony jest to miesiąc, na który statystycznie przypada największa ilość tzw. świąt Maryjnych, z drugiej zaś to czas beztroskiego odpoczynku milionów rodaków. Wypoczynek po polsku wiąże się często z grillem zakrapianym piweczkiem czy pływaniem w Bałtyku po wcześniejszym spożyciu dwusetki żołądkowej gorzkiej. Na początku miesiąca księża apelują z ambon o to, aby drugi miesiąc wakacji był dla wiernych czasem bezwzględnej abstynencji.

Toast poranny

Apele kleru odbijają się jak pacjenci od drzwi przychodni. Statyczny Polak-
-katolik (katolicy bowiem stanowią oficjalnie 95 proc. narodu) wypija rocznie około 11 litrów czystego spirytusu, a tendencja spożycia od lat jest zwyżkowa. Dla porównania, w 2005 r. Polacy pili „zaledwie” 9,5 litra czystego spirytusu na głowę. Jeszcze mniej alkoholu spożywano w czasach znienawidzonej współcześnie Polski Ludowej. W gierkowskich latach 70. statystyczny reprezentant narodu pił zaledwie pięć litrów rocznie (choć dane pomijają spożycie popularnego wtedy bimbru). Konsumpcja istotnie wzrosła dopiero w latach 90., a więc w trakcie transformacji ustrojowej i umocnienia dominacji Kościoła katolickiego, który stał już wtedy na czele antyalkoholowej krucjaty.
Nowym etapem w alkoholowej ewolucji Polski jest obniżenie pułapu godzinowego, w którym wypada sięgnąć po kieliszek wódki lub butelkę piwa. Tendencją wzrostową jest picie przed pracą. Media informują, że w sklepach monopolowych przybywa klientów robiących pierwsze zakupy pomiędzy godziną 5 a 7. Największym uznaniem rannych ptaszków cieszą się tzw. małpki, czyli niewielkie buteleczki o objętości 50, 100 lub 200 mililitrów. Rodacy, znani w świecie z wysublimowanych kubeczków smakowych, płuczą zwykle jamy ustne alkoholami kolorowymi. Szlachetni potomkowie Sarmatów niemal zawsze znajdują się czołówce narodów Starego Świata, nie inaczej jest w rankingach spożycia alkoholu w krajach Unii Europejskiej. Więcej od nas na alkohol wydają tylko mieszkańcy postradzieckich republik nadbałtyckich. Są to kolejno: Estończycy, Łotysze i Litwini. Polacy w 2017 r. wydali na alkohol średnio 3,5 proc. swojego budżetu.
Polacy za granicą znani są ze swojego zamiłowania do wódki. Nic dziwnego, że nasz kraj jest zaliczany do tzw. pasa wódki, czyli państw Europy, gdzie spożycie najmocniejszych alkoholi jest niezwykle popularne. Oprócz Polski do „pasa wódki” wchodzą: Rosja, Ukraina, Litwa, Łotwa, Estonia, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Islandia. Z zamiłowania do wódki, nieoficjalnie, znani są również przedstawiciele państwa watykańskiego. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych urzędników tego mocarstwa w Polsce jest arcybiskup Sławoj „Flaszka” Głódź.

Za Maryję!

O przesadnym uwielbieniu arcybiskupa „Flaszki” do alkoholu mówi się już od początku lat 90., kiedy temat został podchwycony przez ówczesną prasę antyklerykalną. Niemniej jednak dopiero kilka lat temu problem został poruszony przez media „poprawnego nurtu”. W 2013 r. Polską wstrząsnął artykuł Magdaleny Rigamonti, opublikowany na łamach tygodnika „Wprost”. Dziennikarka opisała przebieg alkoholowych libacji, organizowanych przez „Flaszkę” i jego przyjaciół, opierając się na rozmowach ze znającymi arcybiskupa księżmi. Jeden z duchownych był notorycznie poniżany przez znajdującego się pod wpływem alkoholu arcybiskupa. „Flaszka” – według relacji poszkodowanego – miał budzić go w środku nocy i np. kazać grać na akordeonie. Wydarzenie to stało się inspiracją do jednej ze scen filmu „Kler” Smarzowskiego. Innym razem Głódź posyłał księdza na nocne wyprawy do sklepów spożywczych w celu kupna zakąski. Obowiązkiem kapelana było również polewanie wódki do kieliszków. Po całonocnej imprezie młody ksiądz był wzywany przez skacowanego arcybiskupa, który żądał od niego natychmiastowego dostarczenia „actimelka” (chodzi o popularny napój mleczny). Wyzwiska kierowane pod adresem „młodszego stopniem” księdza i jego rodziny uchodziły za nierozłączny punkt każdego spotkania organizowanego przez arcybiskupa. Według Leszka Millera, to właśnie abp Głódź odpowiadał za wywołanie u prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego słynnej „choroby filipińskiej”.

Apostołowie wódki

W ślady arcybiskupa idą kolejni księża. W maju br. księża z Woli Gułowskiej (gm. Adamów) odprawiali mszę w stanie mocno wskazującym. Sytuacja pewnie nie wzbudziłaby zbytniego zadziwienia parafian, gdyby nie to, że u jednego z wikariuszy doszło do „gwałtownego wyrzutu treści pokarmowej na zewnątrz z żołądka poprzez przełyk i jamę ustną w wyniku silnych skurczów mięśni brzucha, przepony i klatki piersiowej”. Mówiąc kolokwialnie: duchowny zwymiotował na ołtarz. Równie widowiskowo zakończyła się impreza ks. Krzysztofa M. z dolnośląskiej miejscowości Wleń. Ksiądz proboszcz po kapłańskim przyjęciu zorganizowanym w Lwówku Śląskim wsiadł za kierownicę. Nocny rajd zakończył się uderzeniem w przydrożne barierki.
Duchowny zbiegł z miejsca wypadku i został zatrzymany przez policję na wysokości miejscowości Pławna. Proboszcz miał dwa promile w wydychanym powietrzu, czym dał wspaniałe świadectwo kościelnej walki z alkoholem; pił dużo, żeby inni mieli mniej.
Za promotora abstynencji mógłby uchodzić również ks. Artur G., były już wikariusz parafii rydułtowskiej, który w chwili wolnej od ciężkiej pracy odwiedził aquapark H2Ostróg w Raciborzu. Aby umilić sobie czas spędzony w basenie, ksiądz postanowił przysiąść w szatni i się nawodnić. Ku zdziwieniu innych gości, wikariusz po wypiciu kilku łyków napoju zaczął się zataczać. Na szczęście ratownicy zainterweniowali, zanim wielebny wskoczył w odmęty basenu. Ksiądz został wyproszony z obiektu. Po wyjściu na zewnątrz, jak gdyby nigdy nic, wsiadł do samochodu i odjechał w kierunku plebanii. Szybko został zatrzymany przez funkcjonariuszy policji, którzy zostali wezwani przez pracowników parku wodnego. Jak się okazało, wikariusz miał 1,6 promila, nie miał za to prawa jazdy, które zostało mu odebrane rok wcześniej za podobne przestępstwo.
Inwencją twórczą wykazał się również trzydziestokilkuletni ksiądz, pracujący jako szkolny katecheta. Duszpasterz ekscesu dopuścił się nie tyle ze względu na chorobę alkoholową, a silne uzależnienie od wyrobów tytoniowych. Podchmielony kapłan postanowił odpalić papierosa wewnątrz terminalu lotniska w Modlinie. Ksiądz nikotynista nie reagował na uwagi pracowników, aż do czasu, gdy do akcji wkroczyła Straż Graniczna. Katecheta odmówił zgaszenia papierosa, obrzucił strażników wulgarnymi epitetami, a w końcu rzucił się na nich z pięściami. Ksiądz, nie dość że nie poleciał do Londynu, to wylądował na wytrzeźwiałce i został ukarany mandatami łącznej wysokości 1000 złotych. Swoją kartę w alkoholowej historii zapisał także ks. Stefan B. z Łodzi, który prawdopodobnie zajął pierwsze miejsce w kościelnym rankingu pijaństwa. Duchowny dobił bowiem do prawie czterech promili alkoholu w organizmie i dał radę poprowadzić pojazd. Ten sam kapłan kilka lat wcześniej został zatrzymany przez policję i poddany badaniu alkomatem. Wtedy miał „tylko” dwa promile alkoholu.
Stereotyp księdza pijaka jest znany w polskiej tradycji od dziesięcioleci i jest jedną z łatek, jakie najczęściej przypinane są wiejskim proboszczom. Swego czasu pijany kapłan był nawet bohaterem jednego z popularnych utworów zespołu „Piersi” Pawła Kukiza („ZCHN zbliża się”). Kler przyzwyczaił wiernych do alkoholu. Nie dziwota, że owieczki czują się rozgrzeszone i sięgają po coraz większe ilości trunków.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPiąta kolumna 29/2019
Następny artykułKarawana trędowatych
Norman Tabor
Urodziłem się w 1996 roku. Pochodzę z Wybrzeża i przez całe życie mieszkam w województwie zachodniopomorskim. Obecnie kończę studia licencjackie na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego. (Głęboko wierzy w to, że zdoła poprawić świat, ale młody wiek usprawiedliwia tę naiwność - przy. red.).