Nienawiść prezesa i jego podwładnych do reszty świata wynika z przykrych doświadczeń z dzieciństwa.

Ogólną cechą pisowców jest nieudacznictwo. Rozumiem przez to nieumiejętność dokonywania operacji bardziej złożonych, niż wywalenie kolejnych miliardów złotych z moich podatków na ich wyborcze łapówki. Właściwie wszystko, czego się dotknęli, zamienili w gówno. Chodzi nie tylko o ambitne programy, jak na przykład słynny „milion elektrycznych samochodów” Matołusza Moradzieckiego, z których powstał jeden plastikowy prototyp za ciężkie miliony, ale też o rzeczy banalnie proste, jak dobór właściwych kadr.

Trzeba być kompletnym idiotą, żeby wybrać na prezesa NIK rozmodlonego właściciela kamienicy z burdelem w środku, i to przy sprzeciwie całej opozycji, która mówiła, żeby go nie wybierać, bo coś tu śmierdzi. Inny przykład: szefową kampanii niejakiego Du*y została jakaś szerzej nieznana paniusia, której najdonioślejszym medialnie życiowym dokonaniem okazało się to, że podczas wyborów samorządowych pogryzła przeciwnika politycznego. Dosłownie pogryzła, to znaczy wbiła w niego zęby. Jakim trzeba być bezmózgiem, żeby z kogoś takiego zrobić twarz kampanii? Serio? Z kobiety, która gryzie?

Na dodatek na otwarcie kampanii wyborczej Du*a dorobił się już jej graficznego symbolu w postaci pisówki Lichockiej, pokazującej znak o treści „spierdalajcie” chorym na raka, których chwilę wcześniej okradła (wraz z całym PiS) z pieniędzy danych tymże chorym przez opozycyjny Senat (pieniądze poszły na propagandę w politycznym ścieku znanym jako TVP, w tym również na tantiemy dla zadowolonej z siebie Lichockiej). Jakie jest hasło kampanii Du*y? „Spierdalajcie” w wykonaniu p. Lichockiej. To kompletna wizerunkowa, ale przede wszystkim moralna, porażka władzy na samym starcie kampanii. Oni się nie nadają do rządzenia Polską nie dlatego nawet, że są tak koszmarnie źli i niemoralni, ale przede wszystkim z tego powodu, że są niebywałymi nieudacznikami. Dokładnie nic im nie wyszło i nie wychodzi, no może poza toporną propagandą dla idiotów, którzy jeszcze ich popierają (chociaż ich liczba spada).

Agresorzy i asystenci

Cechą charakterystyczną pisowców jest szczególny wygląd. Zapewne pamiętacie, drodzy Czytelnicy, te nielubiane dzieci z podstawówki? One miały „dziwne” twarze i ubrania, wydawały się trochę opóźnione i generalnie miały problem z higieną. Te same twarze w wersji dorosłej widzimy teraz w PiS. Nienawiść pisowców do reszty świata wynika moim zdaniem z przykrych doświadczeń z czasów dzieciństwa. Widać po takim Ziobrze, takiej Szydło, Kempie czy Kaczyńskim, że z nimi po prostu nikt nie chciał się bawić i oni to teraz odreagowują. Te ich fobie, to „wstawanie z kolan”, te przechwałki o uczeniu Francuzów operowania sztućcami – to wszystko odreagowywanie poniżeń z dzieciństwa, kiedy byli oni systematycznie poddawani bullyingowi*. Poniekąd możemy więc sami się winić za wyhodowanie tych dorosłych potworków – trzeba było się nad nimi nie znęcać w podstawówce.

Obecne zachowania pisowców wobec reszty społeczeństwa i postawy wobec tych zachowań to klasyczny zestaw ról wyróżnionych przez Christinę Salmivalli w jej badaniach nad bullyingiem wśród dzieci i młodzieży. Poza samymi agresorami (np. Kaczyński, Ziobro), są też asystenci agresorów, którzy ich aktywnie wspomagają (zob. KaKaO od Ziobry), wzmacniacze agresorów, którzy ich popierają (zob. „dziennikarze” typu Semka, Karnowscy etc.) oraz outsiderzy, którzy przyjmują postawę pozornie obojętną, w istocie utrwalając władzę agresorów („symetryści”, przyjmujący każdą podłość PiS wypominaniem rzeczywistych albo wymyślonych win poprzednich ekip; tu mamy całą galerię postaci, jak choćby młody pan Śpiewak, który udaje, że nie odgrywa roli oklaskiwacza władzy). Większość tych osób ma charakterystyczne cechy, które świadczą o tym, że mogły one być ofiarami bullyingu w szkole (nieproporcjonalnie duże, „żabie” usta, brzydota, nadwaga, nikczemny wzrost, cienkie „zniewieściałe” głosy facetów itd.).

Współcześnie szczególną postacią bullyingu jest cyberbullying, czyli zaszczuwanie ofiar poprzez elektroniczne środki komunikacji. Tu znów nasuwa się skojarzenie z działaniami grupy hejterów (także w togach), skupionych wokół pana Ziobry, czyli prawdziwej kasty Ziobry. W ostatnich dniach media doniosły, że po wizycie pana Du*y na Śląsku, gdzie zagrzewał górników do rozprawienia się z sędziami, pewien mieszkaniec Śląska rzucił się podczas rozprawy z nożem na sędzię z Rybnika, a także ją skopał. Na ten akt zareagował niejaki Wójcik, wiceminister sprawiedliwości, tweetując w wesołym tonie, że to był nożyk do ziemniaków i on w ogóle nie widzi problemu. W normalnym kraju polityk opowiadający takie rzeczy w takim tonie dostałby natychmiast kopa z jakiegokolwiek stołka opłacanego z podatków.

Lecz zachowanie Wójcika nie może zaskakiwać, jeśli znamy jego przeszłość. A kimże jest Wójcik? Urodził się w 1971 r., skończył studia w 1995 r., ale najwyraźniej musiał być cienki, skoro ani nie dostał pracy na swoim macierzystym wydziale prawa, ani nie zrobił aplikacji. Cienkość ta szła chyba w parze z poczuciem krzywdy i ambicjami, bo otóż w 2017 r. pan Wójcik obronił w końcu doktorat (niebywale trafna inwestycja polskiej nauki pod wodzą Gowina – pan Wójcik był już w tym czasie wiceministrem i to chyba zdecydowało o powodzeniu, bo jakiż jest sens inwestowania w rozwój naukowy faceta, który ma w chwili obrony pracy doktorskiej 46 lat?), ale nie na Wydziale Prawa, lecz… nauk społecznych, w zakresie nauk o polityce. Jest to więc osiągnięcie z cyklu licznych ostatnio pisowskich doktoratów: doktorat pana Rydzyka o Radiu Maryja, doktorat wiceministra odpowiedzialnego za więziennictwo Jakiego o więziennictwie itd. Wiceminister głupim komentarzem bagatelizuje przemoc i poniża sędzię, która w odróżnieniu od niego zrobiła karierę w swojej dziedzinie, bo była po prostu dobra. Typowe zachowanie ofiary bullyingu.

Łgać dla poklasku

Ofiary szkolnego bullyingu w dorosłym życiu próbują zaskarbić sobie za wszelką cenę przychylność otoczenia, bo panicznie boją się ponownego odrzucenia, które pamiętają z lat dziecinnych. Osoby takie są gotowe również do wszelkich kłamstw, aby tylko zdobyć poklask.
I tu pojawia nam się Andrzej Du*a, który w 2015 r. dopuścił się gigantycznego oszustwa politycznego w celu wyłudzenia głosów wyborców. Przypomnijmy kilka tylko jego niespełnionych obietnic.

Pan Du*a obiecywał na przykład likwidację NFZ, by „pacjent znalazł się w centrum uwagi”. Oczywiście takiego projektu ustawy pan Du*a nie złożył, NFZ ma się „świetnie”, jego prezesem jest nijaki Niedzielski, znany szerzej z występów na konwencji programowej PiS, a pacjent w Polsce jest niechcianym dodatkiem do „systemu opieki zdrowotnej”. Mamy jedne z najmniejszych nakładów w UE na służbę zdrowia (trzecie miejsce od końca w liczbach bezwzględnych, a procentowo wyprzedzamy tylko Rumunię i Bułgarię), a PiS woli wydawać miliardy na Holecką et consortes niż na zwalczanie raka. Kolejna obietnica: przewalutowanie kredytów frankowych po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Oczywiście takiej ustawy nie ma, a polscy frankowicze musieli doczekać się odsieczy z Trybunału Sprawiedliwości UE, aby upomnieć się o sprawiedliwość, bo państwo pana Du*y miało ich w dudzie. Pan Du*a obiecywał też zwolnienie emerytur z podatku dochodowego i podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł, ale oczywiście wypiął się narciarskim szusem na wyborców. Biedni polscy emeryci płacą coraz wyższe podatki (doszły liczne podwyżki podatków pośrednich, a na 500+ raczej nie mogą liczyć), a kwota wolna, owszem, została podniesiona, ale… tylko dla najuboższych, czyli 90 proc. społeczeństwa nadal płaci, jak płaciło. Pan Du*a odgrażał się też, że zapewni dopłaty dla polskich rolników równe tym, które dostają rolnicy w Europie Zachodniej. Oczywiście nic nie zrobił, a obecna pozycja Polski w UE jest taka, że nie mamy co marzyć o załatwieniu czegokolwiek. W nowej perspektywie budżetowej Polska dostanie – najprawdopodobniej – co najmniej o jedną czwartą mniej niż za „złego Tuska”. Pan „prezydęt” obiecywał też likwidację „śmieciowych” umów, ale nic nie zrobił, a liczba śmieciówek tylko w ostatnim roku wzrosła o 100 tys. (tyle, ile mieszkańców ma Włocławek).

Te przykłady pokazują, że zwalczanie przemocy rówieśniczej wśród dzieci i młodzieży to nie tylko zobowiązanie moralne. Jeżeli nie chcemy, żeby w przyszłości rządziły nami odreagowujące poniżenia ofiary bullyingu, walczmy z tym zjawiskiem. Od tego zależy przyszłość Polski.


*bullying – tyranizowanie, napastowanie, zastraszanie; termin używany w odniesieniu do przemocy rówieśniczej

Tekst pochodzi z numeru 9/2020 tygodnika „Fakty i Mity”

Facebook Comments