fot. PAP/Marcin Bielecki
Jacek Piechota udowadnia, że polskie sądy jak chcą, to mogą. Lustrować do końca świata.

W ciągu niecałych pięciu lat lustrowany były minister SLD doczekał się siedmiu werdyktów. I, co ciekawe, w żadnym nie stwierdzono, że Piechota był szpiclem SB. Najśmieszniejsze, że IPN dobrał się do parokrotnego ministra i faceta, który w Sejmie pierwszy raz zasiadł w 1985 r., dopiero gdy Piechota zupełnie odpuścił sobie politykę. Pierwszy proces lustracyjny IPN zgotował mu w 2014 r. Trzy lata po tym, jak kandydując do Senatu Piechota napisał, że nie był tajnym współpracownikiem służb PRL. Tymczasem każdy prokurator IPN-owski zna na wyrywki listy Macierewicza i Milczanowskiego, więc na takie plewy nabrać się nie da. Zwłaszcza że w archiwach jest teczka tajnego współpracownika o ksywie „Robert”, a w niej notatka z 3 maja 1984 r. o zarejestrowaniu pod tym pseudonimem Jacka Piechoty.

IPN się nudzi

Stanął zatem Piechota przed sądem we wrześniu 2014 r. i oświadczył:
– Nie prowadziłem żadnej tajnej działalności. Rozmawiamy o czasach, w których pełniłem funkcję komendanta hufca, a potem komendanta chorągwi ZHP. Wtedy każdy zakład pracy i każda organizacja miała swojego „opiekuna” z ramienia SB. Panowie ci przychodzili do mnie i np. mówili, że jakaś drużyna poszła do kościoła.

Dla prokuratora z IPN to przyznanie się do winy. Co za znaczenie ma dla niego, że Piechota pięć lat wcześniej zapisał się do PZPR, a partyjnych bez specjalnej zgody Komitetu Wojewódzkiego się nie kaptowało jako TW? Tak samo jak nieistotne dla śledczego z IPN było, że to SB informowało Piechotę o różnych bzdurach, a nie na odwrót. Eksminister musiał być kapusiem, bo – zdaniem IPN-owca – nie był w stanie wytłumaczyć esbekom, że w PRL chodzenie harcerzy do kościoła w pełnym umundurowaniu nie było w porządku. Wszak, jak to ujął prokurator, niemający pojęcia o czasach, o których mówi, nie istniały przepisy zabraniające wyjścia harcerzy na mszę św.
Do pana z IPN nie trafiały zeznania esbeków, twierdzących, że w 1984 r. Piechota już był „szychą”. I należał do grona ludzi, których polecenia SB wypełniała. Nie wspominając o tym, że od 1985 r. Piechota był poza zasięgiem służb, bo partia desygnowała go na posła. Kilkanaście osób, które zgodnie zeznawały, że Piechota nie był tajniakiem, ale „kontaktem służbowym”, czyli kimś, kto z racji stanowiska musiał się z panami z SB spotykać, też nie robiły na IPN-owcu wrażenia. A brak było nawet pisemnego zobowiązania do współpracy, teczki pracy, czy też pokwitowań odbioru pieniędzy. Zaś do wręczania wymienionych w kwitach TW „Roberta” prezentów imieninowych nie przyznali się ani esbecy, ani tym bardziej Piechota, co znaczyłoby, że starym dobrym obyczajem rozparcelowali je między sobą „smutni panowie”.
Sąd Okręgowy problemu z wydaniem wyroku nie miał i już po pięciu miesiącach ogłosił, że Jacek Piechota w oświadczeniu lustracyjnym nie skłamał, bo nie ma najmniejszego dowodu na jego współpracę z SB.

IPN się wkurza

IPN napisał apelację. Sąd Apelacyjny ją uwzględnił i na rozprawie orzekł, że lustracja Piechoty wraca do Sądu Okręgowego. Drugi proces ruszył w grudniu 2015 r. i tym razem trwał rok. Mógł krócej, bo gdy w październiku 2016 r. sąd miał już wydać wyrok po wysłuchaniu tych samych świadków co poprzednio, IPN wyciągnął z rękawa królika w osobie TW „Waldemara”. Okazał się nim facet nieprzyznający się do esbeckości jak Piechota, a który szefował harcerzom szczecińskim już po Piechocie. W grudniu Sąd Okręgowy po raz wtóry orzekł, że były polityk nie skłamał w oświadczeniu lustracyjnym. Prokuratorzy z IPN oczywiście zaskarżają i ten wyrok. W czerwcu 2017 r. Sąd Apelacyjny uchyla wyrok uniewinniający eksministra i kieruje sprawę do ponownego rozpoznania przez szczeciński Sąd Okręgowy.

We wrześniu ruszył proces numer 3. Piechota i ci świadkowie, co poprzednio, znowu zeznali to, co mówili już dwakroć. Ale IPN znalazło jeszcze jednego świadka, którego powołanie świadczy albo o umiłowaniu prawdy przez IPN, albo o głupocie tamtejszych prokuratorów.
– Zarejestrowałem Jacka Piechotę jako tajnego współpracownika „Roberta” na polecenie B., swojego szefa, kierownika sekcji, zeznał były funkcjonariusz SB Krzysztof T., dodając, że Piechota nie miał o tym pojęcia.

Opowiadał też, że SB prosiła Piechotę o wywalenie z ZHP jakiegoś Rafała S., bo podpadł esbekom za politykę.
– Z jakim skutkiem? – dopytał świadka oskarżenia obrońca Piechoty.
– Bez skutku, bo go nie wyrzucono – odpowiedział esbek.
Wobec takich dowodów, w marcu 2018 r. Sąd Okręgowy po raz trzeci uznał, że Piechota złożył oświadczenie lustracyjne zgodne z prawdą.
Według oskarżycieli z IPN, podczas postępowania sądowego źle oceniono zeznania świadków i oczywiście podnieśli to w trzeciej już apelacji. Po raz trzeci zatem sąd apelacyjny podumał nad kwestią i w lipcu i po raz trzeci nakazał ponowny proces w Sądzie Okręgowym.

IPN walczy!

Rozprawa miała ruszyć w styczniu, ale zeszło do marca. Znowu to samo oraz ci sami. Jak były oficer SB Paweł P., który w zakresie obowiązków miał „opiekę” nad miłymi władzy organizacjami pozarządowymi, w tym Związkiem Harcerstwa Polskiego.
– Czy mi się to podobało, czy nie, musiałem z Jackiem Piechotą utrzymywać kontakty służbowe – zeznawał były funkcjonariusz.
– Czy wręczał pan jakieś prezenty Jackowi Piechocie?
– dopytywał sędzia, bo w jednej z notatek była informacja, że „Robert” miał otrzymać dwie nagrody pieniężne – jedną za informacje, a drugą z okazji imienin.
– Nie przypominam sobie, żebym miał coś kiedykolwiek wręczyć Jackowi Piechocie.
– Ale wiedział pan, że Jacek Piechota jest zarejestrowany? – drążył sędzia.
– Zdziwiło mnie to. Bo to ja współpracowałem z ludźmi będącymi wtedy na świeczniku. Ale nie pamiętam, pod jakim pseudonimem był zarejestrowany. Wykluczam, że Piechota to TW „Robert” – dodał Paweł P.

Wszyscy świadkowie mówili tak jak on, zaś Piechota zrobił z siebie bojownika o prawa religijne.
– Broniłem harcerzy, którzy brali udział w religijnych uroczystościach, przed twardym stanowiskiem oficerów SB, którzy chcieli ich wyrzucać z organizacji. Chciałem harcerstwa otwartego. Przez te wszystkie procesy byłem świadkiem jakiejś wirtualnej rzeczywistości, tworzenia fałszywej dokumentacji przez SB na mój temat – mówił były poseł PZPR, polityk SLD i harcerz, któremu kłamać przecież nie wolno.
Sędziemu nie pozostało zatem nic innego, jak wygłosić kilka zdań.
– Jacek Piechota złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Kontaktował się z SB w ramach swoich ideałów i przekonań, w które wierzył. Te informacje nie miały charakteru tajnego. Nie ma twardych dowodów na to, że był tajnym współpracownikiem. Nie jesteśmy w stanie dowieść, że podjął taką współpracę, dysponując tak szczątkowym materiałem – uzasadnił werdykt sędzia.

Werdykt zapadł taki jak zwykle, uniewinniający po raz czwarty Piechotę z zarzutu łgarstwa lustracyjnego.
IPN na razie czeka na uzasadnienie, ale nie wyklucza kolejnej apelacji. Jacek Piechota od lat nie jest aktywny politycznie i nie zamierza wracać do polityki. Dlatego w najmniejszym stopniu nie dotknęłaby go zawodowo porażka w sądzie i skazanie „na utratę prawa wybieralności w wyborach do samorządu, parlamentu krajowego i Parlamentu Europejskiego oraz zakazu pełnienia funkcji publicznych przez pięć lat”. Mimo to łatkę TW „Roberta” chciałby odkleić.

IPN pasożytuje

Na tej i podobnych sprawach zarabiają prokuratorzy IPN. I są to zarobki rzędu 18 tys. zł miesięcznie. W tym czasie, zamiast walczyć z cieniami przeszłości, mogliby wsadzać prawdziwych przestępców.
Sędziowie sądów okręgowych, których godzina pracy kosztuje prawie 100 zł, w czasie wysłuchiwania esbeków mogliby zmniejszać kolejki spraw, mających coś wspólnego z rzeczywistością. Nie wspominając już o sędziach sądu apelacyjnego, którzy, zarabiając mniej od IPN-owskich śledczych, bo ledwie jakieś 17 tys. zł miesięcznie, też mogliby robić coś pożyteczniejszego. Do tego trzeba doliczyć zmarnowane roboczogodziny protokolantów i sądowych sekretarek, zajmowane sale rozpraw, na które czekają tysiące procesujących się rodaków. Gdyby to zsumować, wyszłoby, że Jacek Piechota jest szkodnikiem. Przez niego skarb państwa stracił już w ciągu tych lat przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych, a wszystko dlatego, że wbrew władzy, uparł się nie być esbekiem.