Chudy 67-latek o szczurzej twarzy, prokurator stanu wojennego, został frontmanem pisowskiej rewolucji ustrojowej. Ale ostatnio nawet mocodawcy mają go dosyć.

Stanisław Piotrowicz jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, podobnie jak Duda czy Ziobro. Odbył aplikację i w 1978 r. zdał egzamin prokuratorski. Od tego czasu wspinał się po kolejnych szczeblach w prokuraturze: Dębica, Krosno, Rzeszów.
W 1978 r. wstąpił do PZPR i na tym nie poprzestał. Był członkiem egzekutywy PZPR w Prokuraturze Rejonowej i Wojewódzkiej w Krośnie, a także… kierownikiem szkolenia partyjnego. Partia doceniła jego osiągnięcia. W 1984 r. zwierzchnicy uznali, że „jest pracownikiem pilnym i zdyscyplinowanym, ambitnym i wydajnym. Powierzone mu obowiązki wykonuje prawidłowo”. Młody Piotrowicz dostał Brązowy Krzyż Zasługi „za zasługi w pracy zawodowej i działalności społecznej”.
Epizod w jego karierze, który do dziś budzi emocje, dotyczy epoki stanu wojennego. Partyjny prokurator Piotrowicz był wtedy autorem aktu oskarżenia przeciwko Antoniemu Pikulowi, działaczowi podziemnej Solidarności: zarzucił mu kolportaż wydawnictw drugiego obiegu, które mogły wywołać „niepokój publiczny lub rozruchy”. Biedak nie wiedział, że po latach będzie z tego rozliczany.
Gdy w III RP przypomniano Piotrowiczowi tę historię, wyjaśnił, że wspólnie z obrońcą Pikula, adwokatem Stanisławem Zającem (zginął w katastrofie smoleńskiej), starał się ze wszystkich sił pomóc oskarżonemu – i rzeczywiście, prokuratura wojskowa w Rzeszowie umorzyła w końcu postępowanie przeciwko niemu. Był więc Piotrowicz Konradem Wallenrodem w sercu PRL-owskiego aparatu ścigania, cichym obrońcą opozycjonistów, których oskarżał, ale nieskutecznie i tylko dla picu. Tę piękną legendę podważył Antoni Pikul, komunikując mediom, że dzisiejszy poseł „palcem nie kiwnął”, by mu pomóc.
„W tamtym czasie ponosiłem większe ryzyko, pomagając tym, którzy roznosili ulotki, niż ci, którzy te ulotki roznosili” – wyznał nasz bohater. Zupełnie jak Kaczyński, który miał gorzej niż internowani, ponieważ go nie internowano. Niestety, byli członkowie podkarpackiej Solidarności żadnych zasług pana Stanisława nie pamiętają.

„Zanim zwymiotuję”

Sprawa przyłapanego na molestowaniu dziewczynek ks. Michała M., proboszcza z Tylawy, była pierwszą tego rodzaju głośną aferą w Polsce. Ujawniła ją w 2001 r. „Gazeta Wyborcza”. Księdza bronili pobożni parafianie, abp Józef Michalik oraz… prokuratura. Ta w Krośnie umorzyła śledztwo w sprawie molestowania. Jak tłumaczył jej szef Stanisław Piotrowicz na konferencji prasowej, czyny księdza nie miały podtekstu seksualnego. Dzieci lubiły siadać mu na kolanach, czasem „dawały mu ciumka”, a jeśli głaskał je po brzuszkach, to dlatego, że miał zdolności bioenergoterapeutyczne. Kąpał nocujące na plebanii dziewczynki, bo były brudne. Tę konferencję wspomina w 2015 r. reporter „Dużego Formatu” Wojciech Tochman w artykule zaczynającym się od słów: „Zanim zwymiotuję”.
Po interwencji Ministerstwa Sprawiedliwości i wznowieniu śledztwa przez prokuraturę w Jaśle, w 2004 r. ks. Michał M. został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć. Dziś odprawia msze jak gdyby nigdy nic, a nawet został członkiem diecezjalnej kapituły dla zasłużonych księży. Odprawia też piątkowy różaniec w Radiu Maryja. Piotrowicz umywa ręce: twierdzi, że on tylko przedstawił publicznie decyzję swego podwładnego oraz zeznania świadków. Na podwładnych (których nadzorował) nie miał wpływu.
Oko.press cytuje nagranie rozmowy jednej z ofiar z Małgorzatą Bujarą, dziennikarką „GW”:
– A powiedz, co ci ksiądz robił?
– No, do majteczek palce włożył.
– Tam do pupki, tak?
– Mhm.
– To bolało?
– Trochę musiało. I jeszcze całował.
– A jak całował? (…)
– Wysuwał język.
„Nie mam na to czasu i ochoty” – odpowiedział pan poseł Piotrowicz na pytanie, czy widział film braci Sekielskich.

Zadania specjalne

Do polityki wszedł z klucza kościelnego, jako zaufany arcybiskupa Michalika. Od 2005 r. senator PiS, od 2011 r. poseł, Stanisław Piotrowicz tkwił w tylnych rzędach i nie wychylał się. Od czasu do czasu dziennikarze wypominali mu przeszłość, mocno kontrastującą z oficjalną retoryką jego partii. Dopiero po wyborach 2015 r. spadła mu z nieba życiowa szansa: wybrany na przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, dostał superważne zadanie przepychania przez Sejm w szaleńczym tempie pisowskich ustaw, z pogwałceniem konstytucji, sejmowego regulaminu lub dobrych obyczajów parlamentarnych, albo i jednego, i drugiego, i trzeciego. Żonglując prawniczymi formułkami, miał sprawiać wrażenie, że wszystko to odbywa się lege artis.
Kto inny potrafiłby tak skutecznie pacyfikować oponentów, nie dopuszczać do głosu, wyłączać mikrofon, skracać czas wypowiedzi do 30 sekund? Kto odważyłby się powiedzieć posłowi opozycji: „Pana głos i tak nic nie znaczy”? Jaki szef komisji pozwoliłby posłance K. Pawłowicz na odzywki typu „Zamknij się”? W grudniu 2016 r., po rozwałce Trybunału Konstytucyjnego, na widok Piotrowicza pół sali sejmowej zaczęło skandować: „Precz z komuną!”. Komuszy prokurator nie stracił jednak pewności siebie, jakby zrobiono go z teflonu. Chwila, w której do wtóru opozycji krzyczał z mównicy: „Precz z komuną!”, przeszła do historii polskich absurdów. Utkwiła nam też w pamięci inna scena: komisja pod wodzą Piotrowicza odrzuca hurtem ponad tysiąc poprawek do ustawy o Sądzie Najwyższym, których nikt nie zdążył przeczytać; opozycyjni posłowie śpiewają hymn, sejmowy walec toczy się dalej.
Wyczulony na punkcie własnej godności, poseł Piotrowicz często grozi przeciwnikom sądem, sam jednak nazwał sędziów Sądu Najwyższego „zwykłymi złodziejami”, którzy nie powinni dłużej orzekać. Któż lepiej niż on wie, że prokuratura się tym nie zajmie. Poseł ma zresztą chody w tej instytucji: jego córka Barbara została bez konkursu prokuratorem rejonowym w Krośnie.

Do szafy?

Wysunięty na pierwszą linię frontu, czwarty rok używany do brudnej roboty politycznej, Piotrowicz nagle stał się dla PiS wizerunkowym obciążeniem – tylko dlatego, że ponad 20 mln Polaków obejrzało „Tylko nie mów nikomu” i klimat nie sprzyja księżom pedofilom ani tym, którzy ich chronili. W dodatku mamy sezon wyborczy.
TVN24 setny raz pokazuje konferencję prasową Piotrowicza sprzed lat, tę o „ciumkach”, opozycja zaś korzysta z okazji, żeby kolejny raz wystąpić z wnioskiem o odwołanie go ze stanowiska szefa komisji. PiS reaguje zgodnie z logiką wojny: jeśli atakują naszego człowieka, to my będziemy go bronić, choćby miał na sumieniu seks z nieletnią Ukrainką albo podejrzane spekulacje gruntami. Jednak, jak informuje portal Wirtualna Polska, na Nowogrodzkiej dojrzewa pomysł, żeby zastąpić Piotrowicza Małgorzatą Wassermann.
Ewentualne pozbawienie go – dopiero teraz! – funkcji obnaży tylko niewiarygodną wręcz hipokryzję partii rządzącej. W jej polityce kadrowej nie ma kryterium elementarnej ludzkiej przyzwoitości. Liczy się wyłącznie lojalność i posłuszeństwo plus konkretne umiejętności przydatne na danym odcinku, np. opowiadanie bajek o kornikach (Szyszko) albo wdzięczenie się do gospodyń wiejskich (Duda). Im gorsze plamy w życiorysie ma pisowiec, tym mocniej zabiega o ich zaklajstrowanie, ergo – o przychylność wodza. Stąd kariery byłych TW (Kujda, Przyłębski) i aktywistów PZPR, sędziów z dyscyplinarkami, prokuratorów nieudaczników itd. Sam Kaczyński zresztą przyznał w rozmowie z Teresą Torańską („My”), że toleruje w swoim otoczeniu ekskomunistów, ponieważ tylko oni są kompetentni w pewnych dziedzinach.
Jeśli Piotrowicz w końcu politycznie polegnie, to nie dlatego, iż postępował nieetycznie, lecz dlatego, że zbyt wielu wyborcom zaczęło to przeszkadzać. Ale nie ma obaw, z głodu nie umrze, podobnie jak inni zdegradowani pisowscy dygnitarze. Znajdzie się dla niego odpowiednia fucha, np. ambasadora w Arabii Saudyjskiej, bo tam też cenią duchownych i nie zawracają sobie głowy demokracją.

Facebook Comments