W mediach co jakiś czas pojawiają się historie ludzi twierdzących, że będąc na krawędzi życia spotkali samego Stwórcę. Szach-mat ateiści? Nie tak szybko, odpowiadają neurolodzy.

Religie abrahamiczne, w tym chrześcijaństwo, opierają swą tradycję na prorokach i mistykach, dzięki szczególnym łaskom mogącym obcować z Bogiem. Jeżeli zagłębimy się w literaturę z zakresu parapsychologii czy neurologii, odkryjemy, że ludzi, którzy zajrzeli w twarz Stwórcy albo odczuli jego kojącą obecność jest bardzo wielu. Czy to wystarcza, by potwierdzić jego istnienie? Dyskusję na ten temat ożywił ostatnio Elton John zwierzywszy się, że dzięki marihuanie penetrował wyższe wymiary, docierając do samego Pana. Inni osiągali to samo bez zażywania substancji psychoaktywnych. Do tego grona należą świadkowie doświadczeń bliskiej śmierci (ang. near-death experiences, NDE) przekonani, że po „tamtej stronie” widzieli potężną, nadprzyrodzoną istotę.

Spacerek ze Stwórcą

Amerykańskie media w lipcu br. obiegła historia trzyletniego JD Kerra z Teksasu, który wpadł do basenu i zaczął się topić. Z wody po czasie wyciągnął go brat. Gdy malcowi wyjęto w szpitalu rurkę tracheotomijną, zaskoczył rodziców opowieścią o tym, co działo się, gdy pozostawał nieprzytomny.

– Mówi, że rozmawiał z potężnym mężczyzną w „oknie”, z którego biło jasne światło. Według mnie oznacza to, że rozmawiał z Bogiem – powiedziała matka JD-ego.

Takich historii jest znacznie więcej. W 2018 r. sensację wywołała sprawa 13-letniego Trentona McKinleya z Alabamy, który podczas zabawy doznał ciężkiego urazu czaszki. Ocknął się ze śpiączki krótko po tym, jak zdecydowano o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie. Mówiono o cudzie, jednak nastolatek wkrótce opowiedział o czymś bardziej niesamowitym. Gdy stracił przytomność, wyszedł z ciała i udał się do nieznanej krainy, gdzie „spacerował z Bogiem”.

– Byłem na otwartej przestrzeni i szedłem przed siebie. To musiał być Bóg, nie ma innego wyjaśnienia. Nawet lekarze tak mówią. To był ciemny mężczyzna z brodą. Trzymał mnie za rękę – mówił chłopak.

Przeglądając materiały na temat doświadczeń z pogranicza śmierci natkniemy się na niejeden tego rodzaju opis. Choć relacje dzieci uznawane są za najwartościowsze, jako że ich umysły nie są jeszcze w nadmiernym stopniu „skażone” schematami myślowymi, okazuje się, że o zetknięciu z Bogiem mówią nawet ateiści i niewierzący, mający za sobą śmierć kliniczną.

„Widziałam światłość, która wysyłała w moją stronę ciepłe promienie. Ogarnęły mnie przy tym swoim ciepłem i przypominały dotyk najczulszej dłoni” – pisze o swoim przejściu na „tamtą stronę” pani Jadwiga B. z Płocka, której relacja trafiła do książki „Polskie życie po życiu”, zawierającej kilkadziesiąt podobnych historii. „Pragnę podkreślić, że nie należałam wówczas do ludzi charakteryzujących się głęboką wiarą w Boga. Dziś dzięki temu doznaniu wiem o istnieniu światłości, która jest niepojętą mocą i miłością” – relacjonowała kobieta.

O czymś podobnym donoszą tysiące osób, które rzekomo otarły się o zaświaty. Trudno przejść obok tej sprawy obojętnie nawet najbardziej sceptycznym naukowcom, od lat poszukującym odpowiedzi na pytanie, o kim tak naprawdę opowiadają świadkowie NDE.

Każdy widzi to, w co wierzy

Ada Edelman, autorka książki „Opowieści z biura duchów”, która również ma za sobą wizytę w zaświatach, a na blogu dokumentuje przeżycia innych, wyjaśnia, że doświadczenia z progu śmierci są niezwykle rozbudowane i przebiegają według rozmaitych scenariuszy. Można w nich jednak wyróżnić kilka powtarzających się elementów, jak wyjście z ciała i obserwacja „rozumnego światła” albo świetlistych istot.

– To nie tak, że widuje się tam brodatego starca, znanego z religijnej ikonografii. Takie stwierdzenie to nadużycie. Najczęściej spotyka się postacie ze światła albo energii, które ludzie interpretują zgodnie ze swoim światopoglądem. Jedni zobaczą w nich anioły, inni Jezusa, jeszcze inni bóstwo, jakie wyznają. Część osób pod wpływem tych doświadczeń ulega nawróceniu, jednakże to, co obserwuje się po „tamtej stronie”, tak naprawdę nie odzwierciedla tego, o czym mówi się na lekcjach religii – dodaje pisarka.

Badacze gromadzący i analizujący doznania towarzyszące NDE są również zgodni, że nie mają one otwarcie religijnego charakteru. Holenderski kardiolog Pim van Lommel, zajmujący się analizą tych przeżyć, potwierdza, że ludzie, którzy rzekomo opuścili na chwilę ziemski padół, nie spotykali znanych sobie bóstw.

„U tych osób intensyfikuje się zainteresowanie religijnością i życiem duchowym, medytacją czy modlitwą. (…) Jednocześnie można u nich zaobserwować mniejszą dbałość o reguły religijne czy chodzenie do kościoła” – pisze, stwierdzając, że zdarza się, iż osoby, które przeszły śmierć kliniczną, po wpadnięciu do tunelu ze światłem na końcu miewały potem problem z pogodzeniem tego ze swoimi zapatrywaniami religijnymi.

Winny mózg?

Dla neurologów zgłębiających naturę NDE nie lada wyzwaniem pozostaje ustalenie, jakie mechanizmy za tym stoją. Bez względu na to jak poruszające, a niekiedy szokujące, są relacje, podkreślają oni, że to prawdopodobnie mózg tworzy obraz zaświatów, a konkretniej ich iluzję.

Na przestrzeni lat wysunięto kilka hipotez wyjaśniających „spacery z Bogiem”. Do najpopularniejszych należy ta uznająca, że są to realistyczne halucynacje, wywołane niedotlenieniem mózgu. Inna sugeruje, że wycieczki poza ciało powstają pod wpływem leków podawanych pacjentom, u których następnie dochodzi do zatrzymania akcji serca. Przykładowo dr Karl Jensen przeprowadził eksperymenty, w trakcie których był w stanie imitować doświadczenia pozacielesne i wizyty w alternatywnych rzeczywistościach za pomocą ketaminy, stosowanej m.in. do znieczulania przedoperacyjnego. Stąd w jego opinii, o NDE nie powinno mówić się jako dowodzie na istnienie zaświatów, lecz szeregu reakcji fizjologicznych organizmu.

Brytyjska psycholog dr Susan Blackmore, mająca za sobą podróż poza ciało, poświęciła lata badań, by zrozumieć ten fenomen. Uznając za intelektualnie niesatysfakcjonujące wyjaśnienia obejmujące istnienie duszy i zaświatów, ustaliła, że wizyty w krainie zmarłych czy spotkania z Bogiem mogą być rezultatem traumy dotykającej mózg w chwili, gdy uświadamia on sobie zbliżający się kres. Uwalniane endorfiny mają sprawiać, że pojawiają się kolorowe, kojące wizje, choć są to jedynie halucynacje – dodaje Blackmore.

Wielu innych naukowców również przekonanych jest o tym, że spotkania ze Stwórcą są efektem oddziaływania substancji psychoaktywnych. Że można je wywołać sztucznie, za pomocą silnego narkotyku, donosili w 2018 r. uczeni z Imperial College London, którzy wysyłali ochotników biorących udział w eksperymencie „do nieba”, podając im DMT (dimetylotryptaminę), obecną m.in. w ayahuasce, odurzającym napoju sporządzanym przez amazońskich szamanów. Aktywuje ona w mózgu te same receptory, co LSD czy psylocybina, substancja aktywna z tzw. grzybków halucynogennych.

– Sęk w tym, że są ludzie, którzy doświadczyli NDE, a nie zażywali psychodelików ani nie otrzymali żadnego zastrzyku z lekarstwem. Doznania występowały samoistnie, bez żadnego czynnika zewnętrznego – zauważa Ada Edelman.

Problem, do którego odnosi się pisarka, od lat próbuje rozwiązać psychiatra prof. Rick Strassman, autor wywołującej kontrowersje książki „Molekuła duszy”. Przedstawia w niej hipotezę, że produkowane przez szyszynkę DMT może być uwalniane w stresujących sytuacjach, generując wizje, mające łagodzić cierpienie oraz perspektywę rychłej śmierci. Nawet niewielka ilość tej substancji wystarczy, by wystrzelić umysł w kosmos – tłumaczył uczony. Potwierdzono, że produkowane przez organizm DMT występuje w mózgach ssaków, a w połowie 2019 r. ekipa dr Jimo Borjigina z University of Michigan wykryła je u szczurów. Dodatkowo okazało się, że uwalnianie naturalnego narkotyku intensyfikuje się przed ustaniem u gryzoni akcji serca.

– Substancję wykryto w różnych częściach mózgu szczurów, w tym w korze nowej oraz hipokampie, które są ważne dla funkcji takich, jak zapamiętywanie czy nauka – dodała badaczka.

Zatem czy przed śmiercią one również widzą tunel ze światłem i szczurzego boga?

Facebook Comments